Mimo ostatniego kompletnego braku czasu, jaki zafundowała mi uczelnia trzeba znaleźć czas na małe przyjemności w postaci czytania książek bądź też oglądania ulubionych seriali czy też filmów.
Ten, sam w sobie nie należy do moich ulubionych, ale z czystej ciekawości i zachęcona poprzednią częścią postanowiłam się nawrócić i obejrzeć kolejną tym razem już ostatnią ekranizację popularnej sagi Zmierzch...
Może zacznę od początku, nie jestem wiernym fanem sagi, ani też nie wzdycham na widok przeraźliwie bladego, zapewne cierpiącego na wieczną anemię Edwarda, czy też "bezkoszulkowego" Jake'a. Ale rozgłos jaki zrobiła owa seria był tak wielki, że i ja chciałam poznać co tak naprawdę kryje się w 4 tomowej sadze.
Pomimo zaciekawienia pierwszą częścią książki, rozczarowałam się widząc stworzoną na jej podstawie ekranizację, już dawno nie usypiałam na filmie tak jak na Zmierzchu, następne części wcale nie były lepsze, a nawet w moim odczuciu wypadały jeszcze gorzej, choć książka trzymała w napięciu to niestety o filmie nie można było powiedzieć tego samego.
Przełom nastąpił w ostatniej części "Przed świtem cz.1" , film był (w końcu) dopracowany, sceny były realistyczne, historia wciągała tak jak ma to miejsce w książce, nie wiem co, ale coś w niej było takiego, że nie dawało się oderwać. Postanowiłam dać serii jeszcze jedną szansą, idąc za starym powiedzeniem "nie ważne jak się zaczyna, lecz jak się kończy", niecały tydzień po premierze zasiadłam wygodnie przed ekranem i oczekiwałam na swego rodzaju cud.
Niestety cudu nie było, "Przed świtem cz.2", nie była już tak dobra jak jej pierwsza połówka, za dużo opisów, za dużo gadaniny, przez pierwszą połowę filmu miałam wrażenie,że cofnęłam się do poprzednich części, kiedy już miałam nadzieję na ciekawszy zwrot akcji, pojawiała się kolejna scena rozmów, no ile można, się pytam ?.
Mimo słabego początku końcówka wreszcie wniosła coś treściwszego do scenariusza, scena walki była przyjemną i jakże diametralną odmianą po prawie godzinnych "rozmowach w toku" jakie serwowali nam główni bohaterowie, wreszcie było na co popatrzeć i pewnie gdyby nie to, to czułabym nadal niesmak do całej sagi Zmierzchu, a tak w ogólnym rozrachunku wyszła na zero.
Nie byłam, nie jestem i najwidoczniej nie będę fanką sagi, mam mieszane uczucia co do filmów, całe szczęście książka to zupełnie inna bajka, i kto wie może nawet kiedyś do niej wrócę, ale na pewno nie będzie to w najbliższym czasie.
Miłego jesiennego wieczoru :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz